Wypad na Pakistańską pustynię
Tuż po przylocie do Indii i zwiedzeniu Delhi postanowiliśmy zrobić sobie małą wycieczkę do Pakistanu. W tym czasie trwała specyficzna wojna pomiędzy Indiami i Pakistanem. Polegała głównie na wypadach na terytorium wroga i krótkich potyczkach. Na szczęście nie braliśmy udziału w tych sporach.
Â
Â
Wynajętych "autokarem" dojeżdżamy do granicy Pakistanu. Kolejka samochodów oczekująca na odprawę. Wokół strefa wolnocłowa, czyli baraki z drewna z towarami.
Nasz przewodnik znał tutejsze zwyczaje. Aby nie stać nie wiadomo jak długo w kolejce wybraliśmy się do "sklepu wolnocłowego". Kupiliśmy kilka butelek jakiegoś Pakistańskiego wyrobu podobnego do koniaku.
Zebraliśmy paszporty i w trójkę udaliśmy się na przejście graniczne.
Jakież było moje zdziwienie gdy zobaczyłem szlaban graniczny. Był wykonany z okorowanego pnia drzewa i przymocowany powrozem do palika. Przy nim stało kilku uzbrojonych tubylców.
Weszliśmy do drewnianej szopy w , której odbywała się wspólna odprawa Indyjsko-Pakistańska.
Kilka osób ubranych w mundury siedziało za stołami. Na szczęście jeden z nich mówił coś po angielsku. Byli już na rauszu. Wyjęliśmy butelki. Postawiono je na stole. Zaraz ktoś dostawił szklaneczki. Aby nie było przekupstwa musieliśmy wypić razem z celnikami po kilka toastów.
W międzyczasie jeden z nich stemplował paszporty i wklejał wizy.
Po kilku głębszych rozwiązały im się języki .
Zostaliśmy obsłużeni w expresowym tempie. - Możemy jechać dalej.
Na granicy pustyni czekały na nas specjalne pustynne pojazdy - dwugarbne wielbłądy
z przewodnikiem i kilkoma pomocnikami. Rozpoczęła się podróż do serca pustyni.
Abyśmy nie nudzili się , przewodnik od czasu do czasu urządzał wyścigi.
Całą moją energię pochłaniała uwaga aby nie spaść lub przy podskokach nie przycisnąć sobie męskich atrybutów. Po ok. 6 godzinach jazdy przerwa na posiłek. Ruszamy dalej.
Do zmierzchu musimy dotrzeć do oazy gdzie mamy spać. Bardzo późnym wieczorem jesteśmy na miejscu. Czeka tu na nas ognisko z pieczonym mięsem. Do spania jest zadaszona , ale bez ścian wiata z drewnianą podłogą i derkami.
Po posiłku ognisko przygasa i widzimy , że pustynia żyje. Wszyscy chcą spać w środku legowiska. Temperatura z plus 50 spadła do 3-4stopni. Pojawia się jakby rosa na źdźbłach trawy.
Dopiero teraz widzę żyjącą pustynię. Dookoła same błyszczące i mrugające punkty.-To oczy.
Do tego różne odgłosy. Nie można się przyzwyczaić- taki hałas.
Próbujemy znieczulenia. Wypijamy zapas alkoholu. Wreszcie chyba zapadamy w drzemkę.
Co róż wybudzani przez pustynne odgłosy.
Rano wszystko wraca do normy. Wszechobecna cisza i narastający upał. Ruszamy dalej. Celem naszej podróży jest pałac wybudowany w samym sercu pustyni.
Po południu dojeżdżamy na miejsce. Sam widok pałacu otoczonego zielenią w tym miejscu jest zaskoczeniem. Natomiast jest on nieco zniszczony przez grasujących rabusiów i pustynne burze. Udajemy się w drogę powrotną. Jeszcze jeden nocleg i wracamy tym samym przejściem granicznym do Indii. Tym razem bez wkupnego.
Celnicy nas pamiętają. Na granicy czym prędzej odbudowujemy zapasy alkoholu. W Indiach są tylko wydzielone sklepy do zakupu alkoholu. Obowiązuje prohibicja. Przyjeżdżamy z powrotem do Delhi.
Do hotelu jedziemy rikszami.

